Rozwój nauczyciela. Nauczyciel na obozie językowym

Już od dawna chciałam opisać moją przygodę z wyjazdami na obozy językowe, więc gdy dowiedziałam się jaki będzie temat przewodni najbliższego EduWeek stwierdziłam, że to jest najlepsza mobilizacja, żeby wreszcie to zrobić. A więc jest świeżutki i gotowy do czytania - najnowszy wpis w ramach akcji EduWeek #3 "Rozwój nauczyciela".




W tym wpisie nie chodzi o żadną reklamę konkretnego organizatora obozów - nawet nie padnie tu żadna nazwa. Przede wszystkim chciałabym opisać jak wygląda taki obóz, czego możecie się spodziewać i jakie są moje wrażenia. Pamiętajcie, że to wszystko co napiszę będzie bardzo subiektywne - nie jestem specjalistką w temacie i byłam dopiero na 4 takich obozach (a w tym roku jadę na kolejny).

Czas trwania i dojazd

Obozy, na których byłam odbywały się w Polsce i zaczynały się w weekend (w sobotę lub niedzielę). Trwały średnio 6 dni. Zaczynały się mniej więcej około południa i kończyły rano. Dojazd organizowałam sobie sama do punktu zbiórki (Kielce), a następnie wspólnym autokarem dojeżdzaliśmy do miejscowości docelowej. Powrót odbywał się podobnie: autokarem do Kielc i powrót do Krakowa na własną rękę.

Uczestnicy

Zwykle mieliśmy około 20 uczestników od 11 do 18 roku życia. Oprócz tego w obozie brali udział native speakerzy języka angielskiego i było ich zawsze tylu, że na jednego native speakera przypadało dwóch polskich uczestników obozu. Dodatkowo, ja oraz jeszcze jedna osoba pełniliśmy rolę koordynatorów.

Formuła

Czas dzieciaków był w pełni (poza przerwą poobiednią) zorganizowany. Wszyscy dostawali plan na cały tydzień z rozpisanym szczegółowo każdym dniem. Mieliśmy różnego rodzaju zajęcia: indywidualne konwersacje z native speakerami, konwersacje w 3 osoby (dwóch polskich uczestników i jeden native speaker), zajęcia grupowe, wieczory integrujące, projekty oraz ewentualne wycieczki. Na obozie mówi się tylko w języku angielskim - nawet podczas posiłków wszyscy siedzimy razem z uczestnikami i prowadzimy konwersacje :) 

Moja rola

Moim zadaniem na obozie jest koordynowanie, czyli dbanie o to, aby wszystko odbywało się wg planu, np. dopilnowanie, żeby uczestnicy i native speakerzy dotarli na czas na posiłki i zajęcia. My, polscy koordynatorzy zajmujemy się również rozpisywaniem planu konwersacji dzieciaków z native speakerami (ważne jest, aby dzieci mogły porozmawiać codziennie z innym native speakerem) oraz przeprowadzeniem zajęć dla części uczestników, którzy akurat nie biorą udziału w konwersacjach (w czasie, gdy w planie są konwersacje indywidualne z native speakerami), zorganizowaniem wieczorów integracyjnych oraz oczywiście wypełanianiem dzienników :) Oprócz tego, opiekujemy się dziećmi - przede wszystkim sprawdzamy czy wieczorami dzieciaki są w swoich pokojach (a wiecie, że wieczorem baaardzo się uaktywniają i biegają tam i z powrotem), zwracamy uwagę na to czy i co jedzą, chodzimy z nimi do sklepu (jeśli jest taka potrzeba) i sprawdzamy co kupują ;)

Wrażenia

Zdecydowałam się na wyjazdy na obozy, bo:
- po pierwsze zawsze chciałam tego spróbować, ale nie chciałam zostawiać moich własnych dzieci na dłuższy czas i musiałam poczekać, aż trochę podrosną
- po drugie, chciałam podszlifować mój angielski - co tu dużo mówić, sami dobrze wiecie, że gdy uczymy na niskich poziomach zaawansowania, to gdzieś nam ta znajomośc języka "ucieka", a taka immersja doskonale służy temu, aby w dosyć krótkim czasie "wrócic na tory"
- po trzecie, myślałam, że trochę sobie "dorobię" - choć w tej kwestii kokosów sie nie spodziewajcie :)

Niewątpliwie to super doświadczenie dla dzieciaków - cudownie jest patrzeć jak stopniowo się otwierają. Początkowo są zszokowani i zawstydzeni, ale z godziny na godzinę wręcz rozkwitają i wchodzą w tą ideę całkowicie. Dla nauczyciela to świetna okazja, żeby zobaczyć jak można w inny sposób uczyć: z daleka od ławek szkolnych, sali lekcyjnej i podręczników, a za to całkowicie "zanurzając" uczniów w języku obcym: podczas gier, zabaw, rozmów, posiłków, nieformalnych spotkań pomiędzy zajęciami czy wycieczek do sklepu. To na obozach nauczyłam się mnóstwo gier i zabaw integracyjnych - część z nich opisałam również na blogu (sprawdź tutaj). Poza tym przebywanie w takim międzynarodowym środowisku (mieliśmy native speakerów z całego świata) otworzyło mi oczy na wiele spraw. Przede wszystkim przypomniało mi, że ludzie są niesamowici: mają tyle różnych historii, planów, pasji i wariactw :) To naprawdę otwiera oczy.

I na koniec: pewnie zastanawiacie się czy Wy dalibyście radę. Jestem pewna, że tak. Jeśli to czytacie, to zapewne jesteście nauczycielami, a kto jak nie my-nauczyciele (czy to z placówek państwowych, czy ze szkół językowych) lepiej "ogarnie" grupę dzieciaków i native speakerów (którzy sami często są jak te dzieciaki)?

Czujecie się zachęceni? Myśleliście kiedyś o takiej formie rozwoju?

Dziekuję Karolinie Lubas za możliwość wzięcia udziału w tak niesamowitym wydarzeniu jakim jest EduWeek. Mogę się tylko domyślać ile pracy włożyła w to, żeby to tak świetnie działało.
Resztę wpisów biorących udział w #Eduweek 3 możecie przeczytać tutaj.




Komentarze

  1. Ważne, aby wciąż próbować czegoś nowego i starać się o to, by nie stać w miejscu. Takie wyjazdy niejednej osobie robią dobrze, układają w głowie niektóre sprawy :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Egzamin ósmoklasisty. Funkcje językowe.

Dzień Nauczyciela na blogu. Coś dla 5 klasy

Past Simple: gramatyczne Bingo i Kaboom!!!